czwartek, 17 sierpnia 2017

Czy pracownik socjalny się boi?

Czy pracownik socjalny się boi?

Dzisiaj moją wyobraźnią zawładnęła pewna refleksja na temat tego, czy w robocie mogę czuć się bezpiecznie. Powiem krótko. Chodząc nawet w najbardziej patologiczne środowiska, czuję się bezpiecznie. Spowodowane jest to głównie tym, że w terenie pracuję w godzinach 09.00-13.00. W tym czasie moi mili podopieczni nie zabierają się za takie "rozwijające duszę i ciało" aktywności jak: picie, ćpanie, szukanie zadym, itp.itd. Rano mogę jedynie zastać moich milusińskich leniwie przeciągających się w łóżku. Zapewne są po porannym seksie, bo niektórzy jak otworzą drzwi mają na sobie zmięte koszulki i rozczochrane włosy. 

W trakcie ponad 10 lat pracy w MOPS nikt mnie nie zaatakował, nie usłyszałam pod swoim adresem żadnej groźby karalnej (chociaż dziesiątki razy byłam obrażana wulgarnymi słowami, ale o tym kiedy indziej). No dobrze, tyle byłoby pozytywów. Teraz przejdę do sedna. Jakieś dwa lata temu, jak zwykle o godzinie 7.30 stawiłam się w robocie. Koło dziesiątej odebrałam jeden z tych telefonów, który karze ci odłożyć wszystko na bok i zająć się nową sprawą.


- Dzień dobry, dyspozytor numer XXXX, chciałabym zgłosić, że w dniu wczorajszym Pogotowie przywiozło do Szpitala Pana Zdzisława XXX. Nie przeżył nocy i najprawdopodobniej nie ma żadnej rodziny, która może sprawić mu pochówek - dyspozytorka z przyzwyczajenia bardzo szybko przekazała mi informację jak wyuczoną formułkę. To element jej pracy. Przekaz ma być natychmiastowy i konkretny.
- Dziękuję za informację. Nie znałam Pana Zdzisia - odpowiedziałam. Wiedziałam, że czeka mnie pracowity dzień, bo sprawianie pochówku jest zawsze zajęciem priorytetowym. Szpital nie trzyma zwłok w kostnicy za darmo. Przechowuje zwłoki bezpłatnie nie dłużej niż przez 72 godziny, licząc od przyjęcia zwłok do chłodni. Od tej reguły są oczywiście wyjątki w szczególnie uzasadnionych sytuacjach, np. gdy prokuratura zleca sekcję zwłok. Jeśli jednak nie bierzemy pod uwagę żadnych nietypowych okoliczności zgonu, po upływie 72 godzin szpital włącza taryfikator, a potem wystawia rachunek dla MOPS-u. 
- Musicie Państwo zainterweniować - w głosie dyspozytorki słyszalne było zaniepokojenie. - Pan XXX mieszkał z konkubiną. Gdy pogotowie przyjechało na miejsce, w mieszkaniu panował bałagan. Ta kobieta, która tam została najprawdopodobniej wymaga pomocy.
- Dziękuję za informacje - postanowiłam czym prędzej zakończyć rozmowę. Cóż, miałam przed sobą pracowite dni. Obmyśliłam szybko plan w głowie. Konkret, konkret i jeszcze raz konkret. Zaraz po zakończeniu rozmowy, opuściłam budynek. Poprosiłam koleżankę o asystę, bo intuicja podpowiadała mi, że sprawa nie będzie lekka. Na szczęście dojście pieszo na Topolową zajęło nam jakiś kwadrans. Na miejscu okazało się, że budynek, w którym mieszkał Pan Zdzisiu, znajduje się przy ulicy. Ujrzałyśmy typowy, komunistyczny, kwadraciak z płaskim dachem. Na zewnątrz przywitał nas zaniedbany, porośnięty chwastami ogród i zdewastowane schody prowadzące do drzwi wejściowych. Najpierw zapukałyśmy kulturalnie, ale odpowiedziała nam głucha cisza. Uznałyśmy, że pora użyć pięści. Waliłyśmy w drzwi z całej siły, bo czasem tak trzeba, tym bardziej, jeśli wiadomo, że w budynku zamieszkuje kobieta w sędziwym wieku. Delikatnie uchyliłyśmy drzwi. Wiele razy wchodziłam do różnych domów i mieszkań. Widziałam brud, smród i ubóstwo, ale wtedy po raz pierwszy w mojej karierze socjalnej, poczułam dreszcze spowodowane strachem. Weszłyśmy do środka w ramach wyjątku, bo nigdy nie przekraczamy progu domostwa bez zgody właścicieli. Nasze nozdrza w jednej chwili podrażnił fetor, który mógł być mieszaniną różnych rodzajów smrodu. Spoglądałyśmy na siebie ze zdziwieniem, bo w salonie ujrzałyśmy stylowe, antyczne meble. 
- Ta chata nie pasuje mi do biedaka - powiedziałam z przekąsem Baśce.
- Piękne są te meble - przyznała Baśka.
Nasze stopy bardzo mocno przyklejały się do podłoża. Na początku myślałyśmy, że jest to spowodowane grubą warstwą brudu. Myliłyśmy się. 
- Zobacz - zagadnęłam Baśkę - Na podłodze porozrzucane są kości.
- Rzeczywiście. Tylko nigdzie nie widać żadnego psa ani kota.
Wiedziałam już, że podłoga kleiła się, bo porozrzucane kości wydzielały lepiącą się maź. Moja wyobraźnia wariowała i podsuwała mi niezbyt przyjemne obrazy. Byłyśmy w pięknie umeblowanym, aczkolwiek bardzo śmierdzącym i nieuporządkowanym salonie. Na masywnym stole leżały porozrzucane, stare rachunki, co nie wróżyło nic dobrego.
- Idziemy wyżej? - zapytałam Baśki, bo socjalną  była trochę dłużej niż ja.
- Zadzwonię do kierowniczki i zapytam, co mamy robić. 
Zadzwoniła.
- Powiedziała, że jeśli jest podejrzenie, że w środku może przebywać kobieta wymagająca pomocy, to możemy wejść.
Nie powiedziałam o tym Baśce, ale bałam się. Schody były jeszcze bardziej usmarowane klejącą mazią niż podłoga w salonie. Pomimo, że przebywałyśmy w mieszkaniu już jakiś czas, nie byłyśmy w stanie przyzwyczaić się do smrodu. Na piętrze odnalazłyśmy sypialnię. Na łóżku ujrzałyśmy niedbale ułożoną kołdrę. W pierwszej chwili wydawało mi się, że ktoś leży pod nią, ale było to tylko złudzenie. W rogu sypialni zauważyłyśmy garnki, a w nich stare, śmierdzące resztki jedzenia. W sypialni również nie zabrakło śmierdzących kości, ale w dalszym ciągu nie odnalazłyśmy żadnej zwierzyny. Wszystkie pomieszczenia na piętrze przedstawiały ten sam obraz. Klejące się podłogi, porozrzucane kości, wszechobecny bałagan i pustka, bo w żadnym z pokoi nie odnalazłyśmy towarzyszki życia zmarłego Pana Zdzisia. 
Nie mogłyśmy się w tym momencie wycofać. Zeszłyśmy po schodach, które jakby się wydawało, mogły prowadzić do piwnicy. Podpiwniczenie domu było jednak zaadoptowane do celów mieszkalnych. Ujrzałyśmy, że w jednym z pokoi pali się światło. Ucieszyłyśmy się, choć nie ukrywam, że nadal miałam przed oczami obraz zdechłego psa lub kota, którego za chwilę ujrzymy. Na szczęście obeszło się  bez tego. W tym całym, przerażającym domu nie spotkałyśmy żadnej żywej istoty. Opuściłyśmy budynek.
Sąsiedzi powiedzieli nam, że mężczyzna, który zamieszkiwał w domu przy Topolowej był dziwakiem i nie utrzymywał kontaktów z mieszkańcami, z najbliższej okolicy.
Do tego samego domu wróciłyśmy następnego dnia. Tym razem zastałyśmy starszą panią. Zapamiętałam jej przeszywający wzrok. Po chwili rozmowy okazało się, że kobieta cierpi na demencję starczą. Nie była w stanie podać prawidłowej daty, nie potrafiła racjonalnie ocenić swojej sytuacji życiowej, jak się później okazało od lat Pani Laura (tak miała na imię) i Pan Zdzisiu nie płacili rachunków mieszkaniowych, nie monitorowali stanu zdrowia. Pani Laura wymagała natychmiastowej pomocy, choć żyła w przekonaniu, że jest w pełni samodzielna. MOPS zawnioskował do Sądu Rodzinnego o umieszczenie Pani Laury w domu pomocy społecznej. A Panu Zdzisiowi sprawiono godny pogrzeb. Jak się okazało, sprawienie pogrzebu dla Pana Zdzisia nie było łatwym zadaniem, bo ś.p. Zdzisio nie miał obywatelstwa polskiego. Po wykonaniu kilkunastu telefonów do różnych instytucji, udało mi się ustalić, w jaki sposób pochować obcokrajowca na terenie RP. Po pewnym czasie okazało się, że Zdzisio miał rodzinę w Austrii, która jednak od lat nie utrzymywała z nim kontaktów. Pojawił się kolejny problem... co zrobić ze spadkiem? Na to pytanie również znaleźliśmy rozwiązanie i podjęliśmy wszelkie niezbędne działania.
Z jakiegoś powodu do dnia dzisiejszego w mojej głowie utkwiła ciężka, przygnębiająca i zatrważająca atmosfera panująca w domu przy Topolowej.

5 komentarzy:

  1. Witam serdecznie. Pracuję w OPS i często mi i moim koleżankom "socjalnym" przychodzi na myśl by pisać dziennik. Co dzień bowiem pojawia się w naszej pracy wydarzenia śmieszne bądź przeciwnie - tragiczne. Współpraca z szefostwem jest także obfita w ciekawe niuanse. Tymczasem póki co będziemy czytać Twój blog :) Powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :) Każdy pomysł jest warty zrealizowania, zatem, może warto zacząć pisać? Chętnie przeczytam. Będę na blogu pisać o pracy. Aktualnie skoncentrowana jestem na serii notek pt."Przemocowy facet-historia prawdziwa". Ma być to materiał "ku przestrodze" dla młodych dziewczyn. Napisałam o związku opartym na fundamencie przemocy, jako że na co dzień większość kobiet-klientek MOPS doświadcza jakiejś formy znęcania się. A ja temu mówię stanowcze STOP!

      Usuń
    2. Na pewno przeczytamy i będziemy rozpowszechniać.

      Usuń
  2. Jako pracownik socjalny przez kilka lat nie bałam się wchodzić na czyjeś podwórza, do domów. Nie groźne mi były nawet ujadające psy, do czasu aż mały niewinny kundelek, który "na pewno nie gryzie" ugryzł mnie w nogę, która to goiła się tygodniami. A szefowa olała temat i nawet nie pożałowała. Jeśli chodzi o domy to nie wchodzę już sama do alkoholików (od czasu, gdy jeden taki machał mi nożem gdy powiedziałam że zamieniam formę pieniężną na rzeczową) oraz do pewnego domu, w którym mieszkają bracia-starzy kawalerowie, którzy potrafią się gonić z siekierami a sceneria podwórkowa i domowa wygląda jak z horroru. I ogólnie dużo sobie od tej sytuacji z nożem odpuściłam, za mało zarabiam żeby się tak narażać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie nikt nie zna dnia ani godziny, w której może dojść do nieszczęścia. To przykre, że nie miałaś wsparcie ze strony szefowej, która powinna stanąć za tobą murem!!!Jeśli chodzi o chodzenie w rejon z koleżanką, to często to praktykuję w sytuacjach, gdy idę w środowisko "niepewne". Myślę, że nawet gdybyśmy zarabiały krocie, nasze życie i zdrowie jest cenniejsze.

      Usuń